Dying Light – chcecie się tam znaleźć, gdy zgasną wszystkie światła

Aktualnie zniecierpliwieni kilkakrotnym opóźnieniem premiery przez CD Projekt RED wyczekujemy nowego „Wiedźmina 3: Dziki Gon” (zadebiutuje już 19 maja!), ale jeśli chodzi o polskie gry roku 2015, to nie jedyna propozycja, jaka wzbudziła zainteresowanie całego globu. Z końcem stycznia na rynek trafił bowiem survival horror od wrocławskiego Techlandu o tajemniczym tytule (no już nie takim tajemniczym) „Dying Light” i szybko zadomowił się na szczytach światowych list bestsellerów. Jak to dzisiaj bywa, twórcy jednak nie próżnują i produkcja stale jest aktualizowana i wzbogacona nowymi mniejszymi bądź większymi dodatkami. Wśród nich znalazły się również opublikowane niedawno narzędzia dla modderów, które w poprzedniej zombiakowej grze studia, „Dead Island”, cieszyły się dużą popularnością, nie mogło ich więc zabraknąć i tym razem.

Mówi się, że „Dying Light” jest właśnie ulepszoną wersją „Dead Island” i trudno temu zaprzeczyć, bo widok pierwszoosobowy, rodzaje broni czy walka łudząco przypominają te z 2011 roku. Tym razem jednak postawiono przede wszystkim na tryb single player, chociaż nie zabrakło i innych atrakcyjnych form rozgrywki sieciowej – na uwagę zasługuje w szczególności kliknięcie w „Zostań Zombie”, gdzie już nie tylko możemy wcielić się w jednego z ocalałych, usiłujących poradzić sobie z hordami żywych umarlaków, ale i mamy niepowtarzalną okazję wejść w skórę zombie i to nie byle jakiego, ponieważ niesamowicie szybkiego i posiadającego unikatowe zdolności. Gra jest naszpikowana różnymi urozmaiceniami gameplaya i przygotowanie czegoś jeszcze lepszego może okazać się w przyszłości nie lada wyzwaniem dla Techlandu.

Fabuła i bohaterowie

Fabuła jakoś specjalnie nie zaskakuje ani nie zachwyca, ale nie ona gra pierwsze skrzypce w parkourowych eskapadach po egzotycznym mieście Harran owładniętym apokaliptyczną epidemią. Nasz bohater to dzielny Kyle Crane – agent wysłany tutaj przez Globalne Resort Epidemiologiczny, któremu skradziono jakiś, bliżej nieokreślony, acz śmiertelnie ważny, plik. Nie jeden raz przyjdzie nam podejmować trudne z punktu widzenia moralnego decyzje – będziemy bowiem rozdarci między pracą dla GRE a pomocą niesioną ostatnim wybawionym . Przez całą rozgrywkę nie zobaczymy twarzy Kyle`a praktycznie ani przez chwilę (w końcu to pierwszoosobówka), dlatego zwłaszcza na początku możemy mieć wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś młokosem z zapadniętą klatką piersiową, na starcie kiepsko radzącym sobie z niektórymi przeszkodami, tymczasem  twórcy przygotowali dla nas silnego, dobrze zbudowanego i nawet całkiem przystojnego bohatera. Jak radzi sobie w terenie, z boku poobserwujemy tylko w trybie kooperacji, gdzie wszyscy uczestnicy wcielają się w postać Crane`a; nie ma żadnych innych do wyboru, jak było to w przypadku „Dead Island”. Trochę szkoda, bo możliwość doboru bohatera (przynajmniej w trybie multiplayer) to jeden z nielicznych braków gry, miejmy więc nadzieję, że w przyszłości w tej kwestii pojawi się jakaś większa różnorodność. Nie wiem, czy jest to jeden z powodów ubogiego asortymentu postaci, ale czekając na serwerach na partnerów do rozgrywki sieciowej, ma się wrażenie, że nie budzi ona aż takiego zainteresowania jak single player.

Oprócz Kyle`a w uniwersum Harran poznamy całą plejadę sztucznych postaci, z którymi dzielić będziemy dolą i niedolę, z którymi nie raz przyjdzie nam się zmierzyć albo którzy wystrychną nas na dudka, okradając z ostatnich porcji alkoholu, a musicie wiedzieć, że ten w „Dying Light” jest, jak zresztą i w życiu, śmiertelnie ważnym surowcem. W ogóle w Harran wszystko wydaje się śmiertelnie ważne, by przeżyć jeszcze jeden dzień, jeszcze jedną noc, a może nawet dotrwać do końca apokalipsy rozgrywającej się za oknem naszego domu.

Nocne wędrówki Crane`a

Jednym z kluczowych elementów rozgrywki jest zróżnicowanie poziomu trudności ze względu na pory dnia – w świetle słońca łatwiej poradzimy sobie z zombiakami, zaś w nocy truposzowi wrogowie stają się silniejsi, szybsi i samo pojawienie się ich w odległości najbliższych 50 metrów zafunduje nam natychmiastowy skok adrenaliny. Z drugiej strony, nocne eskapady są lepiej punktowane i warto się na nie wybierać z kilku powodów:

  • a)      dzięki zdobytym punktom, które w nocy mnoży się razy dwa, zapewnimy sobie niemalże ekspresowy rozwój zdolności bohatera (punktuje się wszystko włącznie z samym faktem przetrwania nocy);
  • b)      wyłącznie w nocy dołączyć do naszej zabawy może inny gracz, wcielający się w zombie (w trybie „Zostań Zombie”), a polowanie na siebie nawzajem to jeden z najbardziej udanych elementów zabawy;
  • c)       w świetle księżyca, a właściwie naszej latarki i flary, jest po prostu ciekawiej i trudno odmówić sobie tego dreszczyku emocji, kiedy wtargniemy już w świat Harran.

Skoro mowa o wojażach po zmroku, kiedy to przewaga znajduje się w rękach umarlaków, trzeba pamiętać, że nie wszystkich wrogów pokonamy tą samą metodą, że nie z każdym poradzimy sobie, opętańczo uderzając w zwłoki starą rurką albo kijem bejsbolowym. Zombiaki są bardzo zróżnicowaną klasą i znajdziemy wśród nich zarówno takie, które równie szybko upadną, co staną nam na drodze, ale i takie, przy których nie pozostanie nam żadne inne wyjście poza ucieczką (no może tylko na początku, z czasem stajemy się bardziej cwani, mamy lepsze wyposażenie i znamy więcej sztuczek). Kogo zatem spotkamy na ulicach Harran?

Typy zombiaków

Jak już wspomnieliśmy, w ciągu dnia zarażeni nie przysporzą nam zbyt wielkich problemów – są wówczas dosyć wolni i nie potrafią się wspinać; problemy możemy mieć wyłącznie w przypadku otoczenia przez ich liczną grupę, ale i z takiej pułapki da się jakoś wyjść. Zombiaki inteligencją nie grzeszą i na każdego potwora znajdzie się jakaś metoda, mniej lub bardziej wyszukana. W „Dying Light” chodzi nie tyle o to, by być silnym i niezniszczalnym, co by dobrze kombinować, wymykać się, być ostrożnym i mieć oczy i uszy szeroko otwarte na wszelkie niespodzianki.

Najczęściej w Harran natrafimy na tkz. Gryzoni – jest to najsłabszy typ umarlaków, z jakim będziemy mieć do czynienia od samego początku gry. Ich nazwa wywodzi się stąd, że jak tylko zobaczą jakiegoś ocalałego, już zabierają się do gryzienia go, jedzenia, a najlepiej spożycia, a apetyt mają duży; mogą również zadać nam obrażenia swoimi wymiocinami. Chociaż w dzień są dosyć słabe, w nocy niektóre z nich ewoluują w potężniejsze osobniki, a wtedy tak łatwo już z nimi nie będzie.

Z kolei Wirale potrafią wspinać się i biegać, ucieczka przed nimi okazuje się więc nieco trudniejsza; podobnie jak inne zombie przyciągają je wszelkie hałasy, dlatego warto zachowywać się cicho, jeżeli nie mamy ochoty na bliższe spotkania z krwiożerczymi szczękami.

Zbóje, choć rzadkie, to wyposażone zostały w potężny młot, który zniszczyć Crane`a może czasem nawet jednym uderzeniem. Wydają się powolne, ale niech Was nie zmylą ich opieszałe ruchy, bo nie raz nieźle uprzykrzają życie biednego biegacza.

Gazownicy to takie zombiaki w żółtych, ognioodpornych(!) kombinezonach z butlą z tlenem na plecach, stąd chyba najłatwiej odróżnić ich od pozostałych zarażonych. Jednym ze sposobów na zaradzenie im jest przedziurawienie wspomnianej butli.

Przy Ropuchach żarty powoli się już kończą, ponieważ plują one zielonym śluzem, który bardzo szkodzi naszemu bohaterowi i mogą one nawet oślepić nas na chwilę, a wtedy do zguby już niedaleko. Poza tym skaczą po dachach, ale jeśli będziemy ostrożni, całkiem szybko sobie z nimi poradzimy.

Bardziej skomplikowana jest sprawa z Purchawami – są to wybuchowe istoty, które chętnie eksplodują, kiedy znajdziemy się w pobliżu. Nie tylko szkodzi nam sam wybuch i wydzieliny zombiaka, ale i hordy gryzoni i wirali, które zlatują się, gdy usłyszą odgłos detonacji.

Wyjce to zarażone, z pozoru niewinne dzieciaki, tylko z pozoru, bo potrafią swoim płaczem znacznie osłabić Kyle`a, a nawet uczynić go niezdolnym do walki przez pewien czas.

Mutanci zaś to bossy i są znacznie silniejsi niż wszystkie wymienione makabry – burzą ściany, rzucają samochodami, na szczęście nie są zbyt inteligentni, a więc trochę sprytu, sztuczek, doświadczenia i jakoś damy sobie radę.

Wreszcie Przemieniec to nasza zmora nocna – kiedy tylko się ściemni, mamy wrażenie, że wyłącznie czyha na nasz drobny błąd, ruch, snop światła wyłaniający się zza pobliskiego budynku, a gdy tylko nas dostrzeże, pędem rusza w pościg za nami, którego zgubienie do najprostszych nie należy, choć niewykonalne oczywiście nie jest (zgubienie pościgu również jest punktowane). Na starcie lepiej ich unikać, ale w miarę rozwoju zdolności i ekwipunku, znajdą się i na nich metody, np. lampa UV praktycznie go paraliżująca.

Sprinterów ze świecącymi plecami poznacie już sami po ukończeniu misji „Rodzeństwo”…

Spośród wszystkich najniebezpieczniejszym wydaje się jednak Nocny Łowca – w końcu steruje nim sam człowiek, inny gracz w trybie „Zostań Zombie”. To prawda, ekipa Techlandu wyposażyła stwora w rozmaite umiejętności z możliwością ich rozwoju w miarę upływu czasu spędzonego na zabawie w sieci, ale najgorsze, co może nam się przydarzyć i zadecydować o naszej klęsce, może być natrafienie na zdolnego, wprawionego w boju przeciwnika, który niszczył nas będzie, zaraz jak tylko uda nam się kolejny raz odrodzić.

Królestwo parkoura i craftingu

Oprócz desperackiej walki z zarażonymi, intrygi związanej z GRE, śmiesznego dubbingu, strachu przed zapadającym zmrokiem i kilkunastoma typami zombie „Dying Light” proponuje nam zabawę w parkour z akrobacjami niewykonalnymi dla większości przesiadujących przed komputerem. Trzeba przyznać, że studio Techland pomysł na poruszanie się po mieście miało świetny i równie udane okazało się jego wykonanie. Bieganie i skakanie po kilkunastu minutach rozgrywki staje się intuicyjne i aż czujemy, jak płyniemy po tych wszystkich dachach, ścianach, kontenerach i porzuconych samochodach.

Jeżeli chodzi o bronie, przypominać nam będą one te z „Dead Island” – w ekwipunku znajdziemy rozmaite rurki, podrasowane kije bejsbolowe, klucze francuskie czy nawet miecz rycerski. Nowy rynsztunek możemy także sami wytwarzać ze wcześniej zebranych surowców albo wykorzystać je do urozmaicenia np. kija kolcami. Większość przedmiotów otrzymamy wykorzystując rozbudowany system craftingu.

Raj dla modderów

Jeszcze przed premierą wiadomo było, że „Dying Light” powinna pójść w ślady „Dead Island” i stać się rajem dla wielbicieli tworzenia modyfikacji, dodających do gry rozmaite zawartości, często kuriozalne. Specjalne narzędzia dla modderów dostępne są na Steamie od 14 kwietnia, a wszystko, co uda się Wam przygotować dla techlandowskiej apokalipsy zombie możecie zaprezentować światu dzięki Steam Workshop. Produkcję wzbogacimy o nowe mapy, historie, scenariusze, etc. Jedno jest pewne – do tej gry modderzy nie wprowadzą zombiaków, bo przecież one już tam są i to w nadmiarze, może zatem Święty Mikołaj albo Myszka Miki?

Wymagania sprzętowe

Do uruchomienia „Dying Light” konieczne będą (minimalne wymagania sprzętowe):

  • System operacyjny Windows 7 64-bit lub Windows 8 64-bit lub Windows 8.1 64-bit
  • Procesor Intel Core i5-2500 3,3 GHz lub AMD FX-8320 3,5 GHz
  • 8 GB pamięci RAM
  • 40 GB wolnego miejsca na dysku twardym
  • karta graficzna NVIDIA GeForce GTX 670 lub AMD RadeonH D 7870

Ale lepiej mieć lepszy sprzęt, żeby wszystko chodziło tak dobrze, jak prezentowało się na licznych trailerach z Youtube`a przy jakości HD:

  • System operacyjny Windows 7 64-bit lub Windows 8 64-bit lub Windows 8.1 64-bit (tu bez zmian)
  • Procesor Intel Core i5-4670K 3,4 GHz lub AMD FX-8350 4,0 GHz
  • 16 GB pamięci RAM
  • 40 GB wolnego miejsca na dysku twardym ( i tu też bez zmian)
  • Karta graficzna NVIDIA GeForce GTX 780 lub AMD Radeon R9 290

Czy warto?

Warto! I warto na pewno też dlatego, że to tytuł wyprodukowany przez naszych rodaków, kolejny tak popularny na całym świecie po „Wiedźminie” od CD Projekt RED i „This War of Mine” od 11bit studios, możemy być więc z naszego rynku gier komputerowych dumni.

Chociaż fabuła w „Dying Light” do tych najwyższych lotów nie należy, to sama rozgrywka, parkourowe skoki, różnorodność wrogów czy grafika to powody, dla których grę warto uruchomić. Frajdy dostarczy nam nie tylko eksploracja opuszczonego Harran w trybie single player, ale i nocne, sieciowe potyczki w „Zostań Zombie” – naprawdę wystarczy 15 minut takiej zabawy, by pokochać ją na przynajmniej kilka godzin. „Dying Light” zdecydowanie wyróżnia się na tle innych zombiakowych produkcji – nie jest płytko w gameplayu, nie chodzi wyłącznie o ucieczki i walenie kijem po maszkarach, ogromnym atutem okazuje się kompletnie odmieniona rozgrywka po zapadnięciu zmroku, a crafting, parkour czy rozwój umiejętności stoją na poziomie najlepszych wydawnictw klasy AAA. Do naszej dyspozycji oddano także całą masę pobocznych misji, niekiedy o wiele ciekawszych niż te związane z głównym wątkiem fabularnym, nudzić więc się nie będziemy – gra dostarczyć nam może rozgrywki nawet na 40-50 godzin. Tylko nie zacznijcie obawiać się wychodzenia do pubu wieczorem po całym dniu spędzonym w świecie Harran!

Jeżeli jednak obawiacie się apokalipsy zombie, Techland przygotował specjalną ofertę – za około 1,5 miliona złotych polskich zbudują Wam dom przygotowany właśnie na taką katastrofę. Pomysł szalony i nie wiadomo, czy w ogóle ktoś się na niego skusi, ale w sieci narobił trochę szumu i nieźle zapunktował promocyjnie samej grze – edycja kolekcjonerska za 1,5 miliona do codzienności w końcu nie należy. W skład pakietu z domkiem wybudowanym według indywidualnego projektu wchodzą również: trening z profesjonalnymi mistrzami parkouru, sieciowa rozgrywka z twórcami „Dying Light”, umieszczenie w produkcji zombiaka z twarzą kupującego, figura zombie naturalnych rozmiarów, dwa zestawy słuchawek Razer Tiamat Figura, noktowizor oraz komplet pieluch dla dorosłych w przypadku posikania się ze strachu podczas nocnych łowów czy niemożności oderwania się od pada bądź klawiatury i myszki.


Leave a comment