Jak to z tym Falloutem 4 w końcu jest?

W ubiegłym miesiącu, a ściślej 10 listopada, na rynku zarówno zagranicznym, jak i polskim, zadebiutowała kolejna edycja produkcji, której chyba nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba – postapokaliptyczny „Fallout” powrócił pod osłoną cyferki cztery i od razu wzbudził duże zainteresowanie mediów oraz samych użytkowników i to nie tylko zagorzałych wielbicieli serii; w końcu „Fallout” to jedna z najbardziej intrygujących produkcji w historii gier komputerowych. Czy jednak po wielu sukcesach i latach okupacji list przebojów elektronicznej rozrywki nowa część ma szansę ponownie wspiąć się na szczyty sprzedaży i trafić do zbioru ulubionych tytułów większości gamerów? Czy temat się wyczerpał? Czy może czwórkę zrobiono po prostu słabo i lepiej uruchomić sobie jedynkę z 1999 roku (pomimo szesnastu lat na karku wydaje się wciąż świetna i urokliwa)? A może „Fallout 4” to już po prostu kwestia gustu?

Skrajnie różne sądy

Nie bez powodu zadajemy te pytanie, ponieważ odczucia co do odsłony czwartej są zróżnicowane – nie każdy bezwzględnie zachwyca się tym, co przygotowała dla nas tym razem ekipa z Bethesda Game Studios i problem nie tkwi w znużeniu atmosferą charakterystyczną dla uniwersum z wymierającą rasą ludzką czy w braku innowacyjności ze strony projektu, który zdążył się już zadomowić na rynku, lecz wręcz przeciwnie, w niekoniecznie dobrym pomyśle sprowadzenia całości do sanboksowej rozrywki z rozbudowanym craftingiem i gargantuicznej ilości przemocy pasującej raczej do „Dying Light” czy „Dead Island” Techlandu niż do starego, dobrego „Fallouta”. Oczywiście, nie wszyscy postrzegają koncepcję Bethesda Game Studios jako wadę, lecz ilość negatywnych pod tym względem komentarzy jest zatrważająca jak na tak wysoko usytuowaną w hierarchii produkcję klasy AAA.

Jak podkreśliliśmy, negatywne opinie nie są jedynymi grasującymi po sieci, ponieważ znajdziemy także artykuły wielu recenzentów oraz posty graczy zachwyconych skupieniem się autorów wyłącznie na aspekcie sanboksowym, a nie na kontynuowaniu „Fallouta” dokładnie w takiej formie, w jakiej z nami jest już od lat. Duża znaczenie odgrywa tutaj też przywiązanie do serii – jeżeli coś urzekło nad szesnaście lat temu i spędziliśmy z kolejnymi odsłonami łącznie parę, dobrych miesięcy, a na samą myśl o piosence „Butcher Pete” Roya Browna kręci nam się łezka w oko, trudno byłoby się chociaż nieźle nie bawić w „Falloucie 4”. Opinie są więc sprzeczne, ale wszelkie negatywne sugestie dotyczące każdego wydawnictwa niestety zawsze wpływają negatywnie na otaczającą je famę, a i w każdym niekoniecznie pochlebnym stwierdzeniu zawsze udaje znaleźć się ziarenko prawdy. Tak z pewnością jest i tym razem, ale czy faktycznie całkowicie przekreśla to tytuł? Niekoniecznie, ale rozczarowanie zagorzałego fana boli o wiele bardziej niż nieobeznanego w danym uniwersum użytkownika, a i ten drugi niekoniecznie chętnie sięgnie po coś, co tylko nieudolnie próbuje naśladować poprzednie części, np. „Fallout: New Vegas”.

Czym „Fallout 4” różni się od innych „Falloutów”?

Na pewno opiniami! Skrajnie różne sądy nie są, rzecz jasna, bezpodstawne, ponieważ za kontynuacją postapokaliptycznego uniwersum od Bethesda Game Studios kryje się pewna znaczna zmiana dotychczasowej konwencji, o której już co nieco napomknęliśmy. Twórcy postawili tym razem na crafting, sanboksowy charakter serii i robienie zamętu bronią zamiast igrać z fabułą i innymi elementami, jakie zauroczyły nas niejednokrotnie podczas rozgrywki w starsze odsłony. Skąd taki pomysł? Dlaczego ta zmiana nie do końca deweloperom wyszła? Trudno powiedzieć, czym kierowali się pomysłodawcy idei czwartej odsłony, ale po tym, co dostało się w nasze ręce, można wywnioskować, że chyba nie gustami samych użytkowników, a szkoda bo to od nich bardziej zależy sukces gry niż od promocji czy nawet genialnego soundtracku, do którego w wypadku czwórki specjalnie skomponowano nawet niektóre utwory.

Niezwykle dziwne jest jednak to, że pomimo fali krytyki ze strony większości skonsternowanych graczy, recenzenci z najpopularniejszych i najbardziej znaczących serwisów na temat gier komputerowych i nowych technologii „Fallouta 4” ocenili dosyć przychylnie, niektórzy byli nawet na tyle hojni, że przyznali tytułowi niemalże dziesięć gwiazdek na dziesięć możliwych, co dla innych osób, które miały z grą do czynienia, może być wstrząsającą informacją. Przykładowo GameInformer, EGM, GameTrailers, VideoGamer.com, a nawet GameSpot obdarzyli produkcję dziewięcioma punktami na dziesięć możliwych, IGN i Polygon zaszalały na aż dziewięć i pół, zaś GameRadar zaszczycił wydawnictwo maksymalną notą, co trzeba podkreślić, zdarza się bardzo rzadko. Pod wiadomościami prezentującymi oceny „Fallouta 4” roi się od komentarzy rozczarowanych bądź sfrustrowanych graczy, którzy kompletnie nie rozumieją, skąd tak pochlebne sądy na temat tak miernego produktu.

Jak to zwykle bywa, ważne premiery wywołują falę internetowych kłótni, falę internetowych hejtów oraz, jakżeby inaczej, falę memów jeszcze bardziej charakterystycznych dla Internetu niż dwa poprzednie elementy. Na „Fallouta 4” czekano nawet nie od dnia jego ogłoszenia podczas targów Electronic Entertainment Expo 2015 (E3 2015) w Los Angeles, lecz od pięciu lat, od debiutu poprzednika, czyli osławionego „Fallout: New Vegas”. Stąd w sieci przez ostatnie miesiące roiło się od komiksów i memów, odnoszących się do kwestii niecierpliwego oczekiwania na trafienie do sprzedaży odsłony z numerkiem cztery. Atmosferę podkręcały jeszcze bardziej informacje o specjalnych edycjach limitowanych z dodatkowymi gadżetami promującymi grę (m.in. PipBoy) oraz wszechobecny kultowy i znany już chyba we wszystkich ucywilizowanych zakątkach świata Vault Boy.

Zarówno z tych lepszych, jak i gorszych opinii dowiedzieć możemy się jednak o tych samych aspektach rozgrywki, np. o tym, że w produkcji głównie będziemy dbać o rozwój swoich (w mniejszym lub większym stopniu – trudno mówić o prawie własności w świecie na skraju zagłady) włości oraz sporo będziemy mordować – ludzi, nie-ludzi, robotów, ghuli i innych rozmaitej maści mutantów. Jeżeli lubicie więc pograć sobie w niezłą strzelaninę FPS, to jesteście w dobrych rękach, jednak jeżeli Was to nuży, to możecie się lekko irytować nawet pomimo obecności wszelkich smaczków serii znanych z poprzednich odsłon w stylu wskaźnika radioaktywności, postapokaliptycznej atmosfery i poczucia bycia wybawcą cywilizacji w stanie zagłady. Nam granie w „Fallouta 4” niestety szybko się znudziło, a podobnie jak wielu mieszkańców kuli ziemskiej spodziewaliśmy się po tytule czegoś znacznie lepszego, czegoś, co porwie nas na kolana jak „Fallout”: New Vegas” i nie pozwoli nam odejść od komputera tak szybko. Pomyliliśmy się i bolało…bardzo.

A może by tak popływać?

Do tego główną zaletą „Fallouta 4” miał być otwarty świat z wielkimi możliwościami craftingowo-sandboksowymi, a i tu czasem to kuleje, ponieważ mapa ani nie jest taka duża, jak moglibyśmy się spodziewać, ani nie kryje w sobie tak wielu niespodzianek, jakbyśmy sobie tego życzyli. Jeden z użytkowników, ściślej niejaki Lavonicus z Reddita, zakpił sobie z produkcji, spędzając pod wodą w uniwersum aż trzydzieści godzin. W „Falloucie 4” znajdziemy bowiem dwa zbiorniki wodne, które urozmaicają pustynny teren zewsząd nas otaczający, jednak jak się okazało po efektach eksploracji Laconicusa poza kilkoma sejfami oraz skrzyniami z jakimiś tam skarbeczkami nie znalazł pod wodą niczego, co właściwie przykułoby uwagę dowolnego gracza. To bardzo smutne, zwłaszcza że zapewne nie jedno z Was próbowało bądź będzie chciało spróbować sobie trochę w „Falloucie 4” popływać, a tu wszystko wskazuje na to, że nie ma to najmniejszego sensu, jeżeli sam akt znajdowania się w głębinach jeziora nas nie satysfakcjonuje.

Ścieżka dźwiękowa jak zawsze w formie

Wreszcie docieramy do kwestii, która w „Falloucie” zawsze ma się całkiem dobrze – chodzi, oczywiście,  o ścieżkę dźwiękową. Piosenki jak zwykle zostały świetnie dobrane oraz, i tu nowość, niektóre z pojawiających się w grze akompaniamentów zostało przygotowanych specjalnie z myślą o tej produkcji. Całość utrzymana jest w klimacie muzyki rozrywkowej lat czterdziestych i pięćdziesiątych z pogranicza bluesa i jazzu, czyli wszyscy, którzy grali we wcześniejsze części, nie będą zaskoczeni. Chociaż trafiamy do świata po wojnie nuklearnej, jak zwykle towarzyszy nam dosyć wesoła muzyka. Nam w szczególności do gustu przypadł utwór „Going Nuclear” skomponowany przez znanego z tworzenia ścieżek dźwiękowych dla gier Miracle of Sound.

Oprócz niego soundtrack pochwalić się może m.in. piosenkami „Crazy He Calls Me” Billie Holiday, „Happy Times” czy “Dear Hearts and Gentle People” Boba Crosby`ego, a także np. ”Undecided” Elly Fitzgerald, jest więc czego posłuchać.

Jak się ma kwestia sprzętu?

Wreszcie przejdźmy jeszcze do również odrobinę spornej kwestii specyfikacji technicznej. Oficjalnie aby uruchomić „Fallouta 4” potrzebujemy:

  • Systemu operacyjnego Windows 7/8/10 (koniecznie w wersji 64-bitowej),
  • Procesora Intel Core i5-2300 2,8 GHz bądź AMD Phenom II X4 945 3 GHz, bądź odpowiadającego wymienionym,
  • 8 gigabajtów pamięci operacyjnej RAM
  • Karty graficznej AMD Radeon HD 7870 bądź Nvidia GeForce GTX 550 Ti z minimum 2 gigabajtami pamięci,
  • 30 gigabajtów wolnego miejsca na dysku twardym.

Lepiej jednak było, gdyby nam komputer posiadał:

  • Podobnie jak wyżej, system operacyjny Windows 7/8/10 (koniecznie w wersji 64-bitowej),
  • Procesor Intel Core i7 4790 3,6 GHz bądź AMD FX-9590 4,7 GHz, bądź odpowiadający wymienionym,
  • Podobnie jak wyżej, 8 gigabajtów pamięci operacyjnej RAM
  • Kartę graficzną AMD Radeon R9 290X 4 GB bądź Nvidia GeForce GTX 780 z 3 gigabajtami pamięci,
  • Podobnie jak wyżej, 30 gigabajtów wolnego miejsca na dysku twardym.

Jednak według krążących w sieci słuchów specyfikacja techniczna opublikowana przez Bethesda Game Studios jest mocno przesadzona i wielu użytkowników chwali się, że gra chodzi im całkiem płynnie na znacznie słabiej wyposażonych pecetach niż przykład z minimalnych wymagań sprzętowych. Najlepiej przekonać się więc samemu, czy „Fallout 4” okaże się przyjazny dla Waszej jednostki stacjonarnej bądź laptopa, ale jeżeli posiadacie dwudziestoletnią, poważnie wysłużoną już kartę graficzną, nie liczcie na cud.

Jak to w końcu jest z tym „Falloutem 4”?

Jak to w końcu jest z tym „Falloutem 4”? – to dobre pytanie. My się niestety rozczarowaliśmy i szybko znudziliśmy i wydaje nam się, że czwarta odsłona przypadnie do gustu jedynie tym, którzy do przesady, ślepo zakochali się w poprzednich częściach. Bardziej wymagający pokręcą nosem i odłożą „Fallouta 4” na półkę z raczej nieudanymi tytułami roku 2015 i będzie im trochę smutno – w końcu seria jest szanowaną na rynku marką, która nie powinna prezentować nam miernego produktu. Szkoda tylko, że tym razem nie tylko przykro może być samym autorom, lecz również użytkownikom, liczącym na kolejną, genialną przygodę z Vault Boyem w interfejsie.


Leave a comment